Uczestnicząc w szkoleniach hotelarskich miałem przyjemność odwiedzić karczmę pod nazwą „Świecka”. Abyście już na wstępie nie uprzedzili się do nazwy od razu spieszę z wyjaśnieniem – w karczmie serdecznie goszczeni są wszyscy, a nazwa jak być może się już domyślacie, pochodzi od bardzo zadbanej i przyjaznej przybyszom miejscowości, jaką jest Świecie nad Wisłą.
Zanim podzielę się wrażeniami estetyczno-smakowymi spożytych potraw kilka słów o samym obiekcie. Karczma jest starym budynkiem poddanym bardzo gruntownej i starannej modernizacji a osiągnięty przez projektantów i inwestora efekt czyni pobyt w niej długo zapadający w pamięci. Goście mają do dyspozycji cztery duże sale, z których szczególnie dwie wywierają duże wrażenie. Na podłodze głównej sali wiekowa klepka, miejscami przeheblowana i postarzona, ułożona w niespotykanym już równoległym układzie z poprzecznymi pasami, w sąsiednich natomiast salach stare masywne deski wiernie oddające klimat starych karczemnych podłóg. Na umeblowanie składają się stary stylowy bar, ciężkie dębowe stoły – prostokątne, ośmiokątne i owalne otoczone solidnymi dębowymi krzesłami, serwantki zastawione wielkimi słojami z konfiturami. Wystroju dopełniają sprzęty sprzed lat, pochodzące zarówno ze szlacheckiego domostwa jak i chłopskiej chaty. Zgodnie koegzystują pod jednym dachem nie wywołując dysonansu stare żyrandole ze skórzanymi abażurami, przyrządy do wyrobu masła, koła drabiniastych wozów, kołowrotek, a szczególne wrażenie robi zawieszony nad barem orczyk o kształcie rodem z filmów fantasy, podczepiony łańcuchami do masywnej dębowej belki sufitowej. Na ścianach z muru pruskiego lub nakładanego ręcznie, postarzonego dyskretną „siwizną kurzu” tynku wiszą wiązki ziół, czosnku, w kącie stoi snop zboża, dzbany pełne ziół, w stojących i wiszących na ścianach masywnych kredensach stoją słoje pełne miodu, wiekowe żelazka, gąsior z nalewką, a pod nimi wystroju dopełnia stara maszyna do szycia. Jedną z sal wieńczy dach pokryty przepuszczającymi światło dzienne półprzezroczystymi płytami, co daje niecodzienny efekt, szczególnie w letnie, pogodne wieczory, czego niestety nie miałem okazji doświadczyć. Elementem, który jednakże robi największe wrażenie, to olbrzymie dębowe wierzeje z solidnymi żelaznymi zawiasami, ryglowane potężnymi dębowymi belkami, jakby żywcem przeniesione ze stodoły zamożnego gospodarza, umieszczone w ścianach przedzielających wszystkie sale. Umożliwia to połączenie, przy szczególnych okazjach, wszystkich pomieszczeń w jedno olbrzymie wnętrze. Muszę niestety do tych „smakowitości” wystroju wnętrza dołożyć łyżkę dziegciu – obok pięknego dębowego baru stoją nowoczesny dystrybutor piwa i lodówka do napojów; aż się prosi „obudować” je starą skrzynią lub komodą.
Tyle o samym obiekcie i czas już przejść do meritum sprawy. W menu znajdujemy wiele, przepysznych już z samej nazwy potraw, a ich późniejsza konsumpcja ugruntowuje zapowiadane przy lekturze karty wrażenia smakowe. Wśród dań polecanych przez szefa kuchni znajdujemy chłodnik ze świeżych ogórków, pierś kurczaka w towarzystwie warzyw, deser brzoskwiniowy pokryty puszystą śmietaną z dodatkiem lodów.
Wśród proponowanych z karty przekąsek zimnych znajdujemy m. in. tatar z łososia podawany z cebulką i świeżym ogórkiem, wśród gorących smażone krewetki z masłem czosnkowym i wątróbkę podawaną z jabłkami i miodem. Z zup uwagę zwraca zalewajka borowikowa z łazankami. Dania główne to tradycja polskiej kuchni regionalnej: pieczeń z dzika z leśnymi grzybami i śliwkami podana z pyzami ziemniaczanymi i korniszonem oraz kotlet „pani młynarzowej” z cząstkami ziemniaczanymi i zieloną sałatą ze śmietaną.
Osobiście zjadłem obiad, który zainicjowała sałatka bałkańska z grzankami i boczkiem grillowanym. Otrzymałem ogromną porcję z zapiekanym białym pieczywem posmarowanym masłem czosnkowymi przyprószonym ziołami, ułożonym na mieszance sałaty, gotowanego ziemniaka, pomidorów czerwonej fasoli i oliwek. Całość wieńczyły przyrumienione plastry grillowanego boczku (przepysznie chrupiące!). Przyznaję, że danie to już samo w sobie mogło z powodzeniem pretendować do zasadniczego posiłku. Po zjedzeniu połowy porcji naszły mnie wątpliwości czy sprostam pozostałym specjałom miejscowej kuchni, dlatego przyznaję, że już tylko markowałem jedzenie wyszukując wśród płatków sałaty smakowite oliwki. Oddałem się błogiemu lenistwu myślami błądząc po bałkańskich monastyrach, gdy na stół wkroczyło danie główne: szyjki rakowe duszone z kurkami i pomidorami podane z kwadratami z francuskiego ciasta. Ponieważ próba opisania przeżywanych wrażeń smakowych mogłaby odnieść przeciwny do zamierzonego skutek powiem tylko, że z niecierpliwością oczekuję kolejnego wyjazdu do Świecia, aby uraczyć się kolejnymi daniami poznanymi jak dotychczas tylko z nazwy. Na deser zamówiłem śliwki węgierskie na gorąco, karmelizowane w krupniku podane z lodami waniliowymi. Po takiej uczcie, urzeczony ponadto matczyną wręcz troską goszczącej mnie Pani Grażyny z pewnym opóźnieniem skonstatowałem, że konsumpcję należy zacząć od lodów, ale dla walorów smakowych nie miało to chyba większego znaczenia.
Muszę również nadmienić, że wszystkie te dania są dziełem młodej kadry kucharskiej, adeptów Akademii Sztuki Kulinarnej, której pracownie mieszczą się w karczemnych piwnicach.
Jeśli zamieszczony powyżej tekst skłoni Was do odwiedzin Świecia i gościny w karczmie „Świeckiej” to jestem przekonany, że opisane przeze mnie wrażenia staną się również Waszym udziałem.
P.S. Na koniec przydatna uwaga – schody do toalety zaczynają się zaraz za drzwiami z korytarza, dlatego należy uważać, aby jeszcze z głową w chmurach po wykwintnej uczcie kulinarnej zbyt raptownie nie „zejść na ziemię”.