logowanie

przypomnij hasło | zarejestruj się

Jedzenie? Moja miłość, obsesja, szajba...

Agnieszka Rakowska-Barciuk

Bywa źródłem rozkoszy, czasem nawet większej niż seks. Ale coraz częściej staje się także życiowym problemem. Uzależniamy się od niego, przeklinamy je, zaspokajamy nim potrzeby psychiczne. I nawet nie zauważamy, kiedy zaczyna nad nami przejmować władzę.

Nigdy wcześniej w sklepach nie było takiego wyboru żywności. I nigdy dotąd jej spożywaniu nie towarzyszyły takie emocje jak dziś! Coraz więcej z nas ma świadomość, że to, co bierzemy do ust, ma wpływ na to, jakie jesteśmy. Jedzenie stało się orężem w walce o zdrowie, nastrój, a zwłaszcza wygląd. Aforyzm „Jedz mniej, bramy raju są wąskie” to dziś credo milionów kobiet na całym świecie, głuchych na wieści o śmiertelnych ofiarach batalii o płaski brzuch. Nawet kawałek pizzy, choć tak niewinnie wygląda na talerzu, to coś więcej niż tylko antidotum na głód…

Mam bzika na punkcie zdrowego menu

Magdalena Orlikowska, 33 lata specjalista ds. ubezpieczeń

Biuro dużej firmy motoryzacyjnej w Warszawie. Zbliża się pora lunchu. Koleżanki z pokoju Magdy sięgają po swoje kanapki. Tymczasem Magda otwiera małe plastikowe pojemniki. Co ma w nich dobrego? Brokuły gotowane na parze, pestki dyni, dwie surowe marchewki. – No tak, ty jak zwykle się umartwiasz! – śmieją się koleżanki. Magda macha ręką. Już się przyzwyczaiła, że wszyscy zaglądają jej do talerza i z politowaniem komentują styl odżywiania. Pytają z troską: – Czy ty aby trochę nie przeginasz z tym zdrowym jedzeniem? – A co w tym złego? To raczej mnie ich żal, że pakują w siebie paskudztwa – przekonuje Magda. I przyznaje: – Moim zdaniem świat jest pełen trucizn. Sama zobacz: cukier, chleb, ziemniaki, makaron, ryż. No co to jest? Biała śmierć. Na dodatek wszędzie są konserwanty, sztuczne barwniki, spulchniacze. Wiadomo, że kurczaki faszeruje się hormonami, a w wędlinach są szkodliwe dla naszego organizmu azotyny – wylicza. Dlatego zanim w sklepie wrzuci coś do koszyka, sto razy zastanawia się: czy to jest zdrowe, ile ma kalorii, jaki ma indeks glikemiczny (zna się na tym świetnie, bo w domu ma bibliotekę pełną książek o dietach i zdrowym odżywianiu, wycina też artykuły z gazet). Starannie czyta wszystkie etykiety. – Jeżeli znajdę w składzie jakieś „E” albo sól, nie kupuję – mówi. Skoro uzna, że dany produkt jest niezdrowy, na zawsze eliminuje go z jadłospisu. Doszło do tego, że jej lista z napisem „Jadalne” staje się coraz krótsza. – Właściwie bezkarnie można dziś jeść tylko warzywa. U cioci na imieninach zwykle nie mam czym się poczęstować. Wszystko, oprócz pomidorów z cebulką, wydaje mi się niezdrowe. Przecież nie zjem schabowego, bo jest smażony – tłumaczy Magda. Ostatnio w ogóle zrezygnowała z mięsa. Wystarczą jej warzywa (są najmniej toksyczne ze wszystkich produktów). Odpuściła sobie też jajka i sery (za dużo w nich białka, na dodatek zwierzęcego). Została weganką. – Ale zaczęły mi wypadać włosy, więc przeprosiłam się z nabiałem, choć mam poczucie winy, że pakuję w siebie coś niedobrego – ubolewa. Delikatnie pytam, czy słyszała może o ortoreksji? To rodzaj obsesji na punkcie zdrowego odżywiania. – Następna, która chce mi wmówić, że coś ze mną nie tak. Ja tylko dbam o zdrowie! Radzę ci, zrób to samo – zachęca mnie na odchodne.